Podeszłam do ściany i zrobiłam kropkę.
Potem jeszcze jedną.
Potem linię.
I kółko.
I tak w kółko.
Czerwień prosiła się sama o uzewnętrznienia.
Korzeń upomniał się o swoje miejsce.
Czasem odlatuję w kosmos, wierząc w pegaza, czekającego na mnie w przestworzach.
skrzydła lśnią mu w słońcu a jego piękno przewyższa wszystko, co znam.
Ale gdy wracam na ziemię – pegaz jest tylko koniem, który nie wierzy w swoje kopyta
ani w ścieżkę, ani w ludzi.
A ja pragnę wciąż biec, zostawiając wszystko w tyle.
I tylko korzeń ciągnie się za mną.
Wrasta w pęd moich stóp, orząc po drodze grunt.
Może okrążę Glob zanim zrozumiem, że jestem tylko i aż
drzewem
liściem
bezruchem

 

 

Podziel się na portalach społecznościowych
(Jeśli nie działa, wyłącz Adblock dla tej strony)