Od ponad pół roku nie byłam w podróży. Celowo nie wybierałam się nigdzie, chociaż były okazje. Dlaczego?

Bo byłam wciąż w drodze… wgłąb siebie. Najcenniejszej ze wszystkich.

Od dziecka inspirowałam się hasłem, które dziś zdaje się mieć jeszcze większy sens: „nie potrzebujesz wakacji, jeśli nie masz od czego uciekać”. Ja rozumiem bakcyla pódróży – sama go kiedyś złapałam i nie mogłam przestać…! Tylko, że czasem motywacją było wyjechanie „z” a nie „do”… Często zwyczajnie (ale nieświadomie) uciekałam od tego, co stworzyłam, do nowych miejsc, w których nie musiałam nic zmieniać. By odpocząć, odciąć się, nie widzieć tego, co jest.

Ale po powrocie – „to” wciąż czekało na mnie. Ta sama Ewa, jakby nigdy niegdzie nie wyjechała. Ta prawda, która ma ujrzeć światło dzienne. Jakaś wada, jakieś zaniechanie, jakiś strach i wybudowana wokół niego nowa strefa komfortu. I czułam, że dopóki się z tym nie spotkam, dopóty nie rozwinę się, nie pójdę dalej, nawet lecąc na drugi kraniec globu.

W tym roku jesień, zima i wiosna prosiły mnie, bym została. I posłuchałam. Pozwoliłam się im zabrać w najcudowniejszą wyprawę – do krainy blasków i cieni mojego JA.

Nie była to łatwa wyprawa. Bardzo samotna. Ale zdecydowanie warta trudu i niewygody. Dużo się o sobie dowiedziałam, odkrywając co chwila nowe zakątki swojej duszy i nieznane wyspy, pełne pułapek…

I byłam w tym. Weszłam do najciemniejszych jaskiń. Z otwartym sercem, gotowym wszytko oświetlić miłością.

Ta podróż się nie skończyła. Ale chwilowo jestem w lotniskowym hotelu, czekam na kolejny lot w kosmos świadomości. Połknęłam bakcyla wypraw do Prawdy. I ufam, że stanie się to moim stylem bycia.

Niedługo kolejna podróż, tym razem w zewnętrznym świecie! Bo chcę. Bo jestem gotowa. Bo nie mam od czego uciekać. Bo kocham swoje życie. Więc, zabieram ze sobą całą siebie. Zintegrowaną.

Takie wakacje od wakacji!

 

 

Podziel się na portalach społecznościowych
(Jeśli nie działa, wyłącz Adblock dla tej strony)