Przez ponad rok nie miałam domu. Wynajmowałam jedynie pokój, który nie był tylko sypialnią, ale też jadalnią, pracownią, łazienką, pokojem gościnnym, itd… taka mini kawalerka na 9 m2.

Wreszcie udało mi się przenieść do mieszkania, całego dla mnie, w którym salon to salon, kuchnia to kuchnia, ale przede wszystkim – sypialnia to sypialnia! Pierwotne znaczenie tej nazwy odzyskało sens! I choć czasem to trudne, nie wnoszę do swojej nowej sypialni żadnych sprzętów elektronicznych, nie oglądałam w niej żadnych filmów, nie słucham muzyki i nie czytam książek, nie mam żadnych snacków. Po prostu tam odpoczywam.

Dzięki temu, że moje ciało kojarzy to miejsce tylko z ciszą i relaksem, zasypiam w tym pokoju momentalnie i śpię bardzo mocno, a rano czuję się wypoczęta i świeża. I mam więcej pomysłów do pisania a wena przychodzi łatwiej.

Jeśli macie taką możliwość – zamieńcie swoje sypialnie z powrotem w sypialnie.

Łóżko w łóżko, a nie kanapę do oglądania, podjadania i przeglądania Facebooka.

To ogromny gest miłości do samego siebie, taki prezent w tych szalonych czasach nieustannego podłączenia do szumu i iluzji świata…

Polecam do sypialni kolor zielony i mało rzeczy, ozdób, rozpraszaczy. Kwiaty, które pochłaniają toksyny z otoczenia, delikatne światło, kadzidełka. Jak najmniejszą liczbę kontaktów, sprzętów, gniazdek (nieużywane można zasłonić). Nie przeprowadzajcie w sypialni poważnych rozmów (również telefonicznych). Starajcie się też zostawić zmartwienia i plany za drzwiami.

Bo sen to nie tylko reset mózgu. Sen to także czas, kiedy wracamy do DOMU DUSZY. Szanujmy ten odwieczny rytuał. Przywróćmy go!

 

 

Podziel się na portalach społecznościowych
(Jeśli nie działa, wyłącz Adblock dla tej strony)