Jesienne poranki… leniwie zamglone okna – uwielbiam to! Tę pustkę, szarość, ciche bycie. Zimne dni, ulewy… i „jesienną chandrę” także.

Bo dzięki niej doceniam wiosnę.

Bo dzięki niej zatrzymuję się i patrzę na swoje życie, bez fajerwerków, motylków i gorącego słońca, w świetle którego wszystko wygląda bardziej kolorowo…

Tak… jestem wdzięczna za jesień!

Eh, te grudniowe widoki! Mróz maluje gdzie się da, słońce gra rolę drugoplanową, coraz większy spokój… Czas oczekiwania na śnieg. Na najpiękniejszą w świecie kołdrę!

W Irlandii robi się jasno dopiero koło 8.30 rano a ściemnia już koło 15.00. Dla mnie to czas widzenia w ciemności, dostrzegania własnych cieni, które wciąż blokują mój pełny potencjał… To okres pisania trudnych scen w moich powieściach i komponowania refleksyjnych wierszy… I wreszcie – to czas spania i odnajdywania weny w snach!

Jesień i zima to czas do wewnątrz.

To moment hibernacji, ale też zatrzymania się przy tym „czymś”, co być może stanie się zarodkiem do wiosennych zmian. To „coś”, to może wniosek, blokada, powracających schemat, niewyrażony żal, samotność… A może po prostu potrzeba odpoczynku.

Pory roku to nie tylko cykl przyrody.

To też nasz cykl, bo przecież jesteśmy częścią natury.

 

Jestem częścią Matki Ziemi, jej dzieckiem, ale też nią samą jednocześnie!

Jej wiernym odbiciem.

Jesiennym, zimnym dniem, ciemną, mroźną nocą.

Deszczem, podmuchem wiatru.

Cichą pustką o niezmierzonej głębi.

Pustką, która robi przestrzeń na kolejną wiosnę.

 

 

 

 

 

Podziel się na portalach społecznościowych
(Jeśli nie działa, wyłącz Adblock dla tej strony)