Nie ma czegoś takiego, jak: jestem za stara, nie mam jak, nie mam pieniędzy, już jest dla mnie za późno, nie wiem, co ze sobą zrobić… Oczywiście to wszystko jest ważne, ale istnieje w sferze przekonań i wyzwań, a nie faktów! Nie są to rzeczy nie do przebrnięcia, nie są to rzeczy niemożliwe! A jeżeli czuję w sobie gotowość, żeby zmienić swoje życie, bo nie jestem szczęśliwa, to działam, bo potem ta gotowość może już nie przyjść! Mogę już więcej tego nie poczuć, może już mi być wszystko jedno… 

Dlaczego o tym piszę?

Mam wrażenie, że w Polsce wciąż panuje pogląd, iż jak kobieta ma męża i dzieci, dom i stabilną pracę – fajna pozycja, rodzina i wszystko z zewnątrz cacy! – to nie powinna narzekać, powinna się cieszyć z tego co ma i jak ma, i broń Boże nic nie zmieniać. A jeśli coś takiego odczuwa i próbuje, to zaraz słyszy na około coś w stylu: „nie narzekaj! ty to masz dobrze! masz fajnego męża i pracę! masz fajne życie, o co ci chodzi? nie kombinuj, bo wszystko stracisz… Rozbijesz rodzinę dla sowjego widzi-misie” Co tu jest grane? Dlaczego kobieta, która ma już ułożone życie nie ma prawa się nad nim zastanowić, by może na koniec dojść do wniosku: nie jestem szczęśliwa, chcę inaczej…? Dlaczego powinna na siłę wciskać sobie uczucie bycia szczęściarą, bo przecież „mąż mnie chciał, bo w pracy mnie chcieli, a poza tym nie jest aż tak źle, mogło być gorzej, w sumie to nieźle trafiłam…” Ale co z tym, że mogłoby być lepiej? „Mogłam lepiej to wszystko ułożyć. Stać mnie na więcej. Mogę być prawdziwie szanowana, kochana, szczęśliwsza, robiąc to, co naprawdę lubię…”

Wierzę, że to, co przeżyłam, może się komuś przydać. Dlatego o tym dziś piszę.

Moja gotowość przyszła do mnie między innymi dzięki wieloletniej psychoterapii, warsztatom rozwojowym i mądrym książkom. Ale to tylko narzędzia. Chodzi o to, że byłam otwarta na zrozumienie, na nawiązanie kontaktu z sercem, na prawdziwie poznanie siebie samej, prosiłam o to! Miesiącami, dzień w dzień, pytałam Wszechświat: kim jestem? Kim naprawdę jest Ewa i co chce wykreować…? Co ją uszczęśliwia, daje spokój i spełnienie..?

Zaczęło się od tego, że odkąd przestałam być samotną mamą i związałam się ponownie, zaczęłam zmagać się z traumami, z zaburzeniami lękowymi i permanentnym stresem. Były chwile, kiedy bałam się sama wyjść z domu. Ataki paniki, hipochondria, depersonifikacja… – totalnie ekstremalne stany!  Dlatego nieświadomie (bo nie z wyrachowania) jeszcze bardziej intensywnie budowałam sobie życie, które składało się ze stref komfortu, z zabezpieczających mnie, kołyszących do mentalnego snu, zagłuszających wołanie duszy rzeczy, relacji i spraw. Byłam przekonana, że poczuję się wreszcie bezpiecznie, bo jestem chroniona przez stworzone otoczenie. Tylko nie wiedziałam, że póki będę liczyła na zewnętrzny świat, by mnie chronił, póty nie poczuję bezpieczeństwa w sobie. Unikając sytuacji stresujących strach się zmagał, a sytuacje mnożyły – ot, paradoks życia! To, co odpychałam, wracało ze zdwojoną siłą.

Na zewnątrz strugałam oczywiście bohaterkę, w której istnienie w końcu sama uwierzyłam, a tymczasem wciąż tkwiłam w tożsamości ofiary, bojącej się własnego cienia. Prowadzenie firmy, pomaganie mężowi w jego firmach, dużo projektów i przedsięwzięć, prestiż, coraz większy dom, coraz modniejsze auta, coraz więcej zajęć pozaszkolnych córki, coraz większe parcie na podróże, na powiększenie rodziny. Wszystko wydawało się być idealne! A tymczasem bałam się sama przejść do miasta piechotką, a wieczorem często w zasypianiu pomagał mi kieliszek wina… Bo przecież takie „aktywne życie” wiązało się z huśtawką finansową, ryzykiem, ciężką pracą, zabieganiem. W końcu zaczęłam mieć problemy z sercem na tle nerwowym, z jelitami, z żołądkiem, z kręgosłupem. Mimo zdrowego odżywiania lista schorzeń wydłużała się! Mimo regularnego medytowania czy oczyszczania emocji podczas sesji jogi śmiechu i tańca spontanicznego. Ego zacierało tylko ręce, podszeptując: „jaka jesteś uduchowiona!”

Najzabawniejsze, a zarazem najniebezpieczniejsze w tej pułapce rozumu było to, że ja naprawdę wierzyłam, iż odniosłam sukces w życiu. Że sobie poradziłam. Że wyszłam z bagna. Tymczasem weszłam do kolejnego, które po prostu bardzo przypominało piękny staw, rozgrzany w słońcu…

W końcu doszło do momentu, w którym spłynęła na mnie świadomość, czemu tak się dzieje: najzwyczajniej w świecie nie czułam, że żyłam! Dlatego bałam się śmierci. Dlatego wieczorami, gdy kładłam się do łóżka, myślałam tylko o tym, że jestem coraz starsza i że już nic mnie nie czeka… Moje wybory predestynował strach przed samotnością, chorobą, śmiercią, osieroceniem córki, przed wszystkim! On miał odciągnąć uwagę, by ego mogło działać w najlepsze: otaczać się ludźmi, rodziną, rzeczami, zdrowym jedzeniem i duchowymi praktykami, wizją domu, kariery, oczekiwaniami wobec męża; zagapiać się w przyszłość i w to, co w niej materialne, co miało mi dać szczęście, bo już nie wierzyłam, że sama sobie je dam! Po prostu postawiłam na sobie krzyżyk. Zrezygnowałam z samej siebie! Porzuciłam się i uciekłam od siebie do zewnętrznego świata. Stwierdziłam, że nie będzie ze mną lepiej i że jedyne, co mogę zrobić to budować więcej tych murów, stref komfortu i tych materialnych wizji… By być w staniei zadbać o innych, by chociaż oni byli zadowoleni. Słowem – błędne koło.

Od czego zaczęłam zmianę?

Po pierwsze: przestałam odpychać ten strach, zaczęłam robić rzeczy, których się boję, co dla mnie było za każdym razem jak skok w przepaść…, ale nie ginęłam! I chciałam tego wszystkiego robić coraz więcej! I za każdym razem znikała kolejna strefa komfortu, a strach był coraz słabszy i słabszy, aż w końcu któregoś dnia zdałam sobie sprawę z tego, że nie poczułam go w ogóle: jeździłam ledwo wynajętym autem pierwszy raz w życiu po Krakowie, w dodatku w godzinach szczytu, po 6 miesiącach jeżdżenia w Irlandii (gdzie kierownica jest po drugiej stronie) i przyszła do mnie myśl: kurde, Ewa, zapomniałaś się bać! Nigdy tego nie zapomnę, śmiałam się do rozpuku!

Po drugie, krok po kroku zaczęłam rezygnować z tego, co mi już nie służy, co mnie blokuje. To jak porządkowanie mieszkania na wiosnę: to zostawiam, tego już nie mogę udźwignąć… Okazało się, że tak naprawdę niewiele z tego, co robiłam w życiu, było tym, co chciałam i tak jak chciałam. Brało się nie tylko ze strachu, ale też z potrzeby, powinności, pożądania, konformizmu, oczekiwań całego świata. Bo tak trzeba, bo tak wypada, bo już najwyższy czas, bo kariera, bo pieniądze, bo rodzina, bo owczy pęd, bo trzeba być aktywnym, bo takie czasy, bo taki kraj… Znasz to, prawda?

Nic mnie nie czyniło spokojna i spełnioną. Oprócz relacji z córką i przyjaciółmi, oprócz pisania… nie było nic… I przede wszystkim nie było mnie we mnie, bo przez lata żyłam na zewnątrz, tym, co się dzieje, tym, co się ma wydarzyć, tym, co już kiedyś się stało, przeszłością… Starałam się zadbać o wszystko oprócz siebie.

Po miesiącach tych „porządków”  spłynęła na mnie kolejna świadomość, że jestem w toksycznym związku, pełnym narastającej (wprost proporcjonalnie do moich zmian i pracy nad sobą) agresji, braku szacunku, zrozumienia, bezpieczeństwa i miłości. Że jestem w kilku takich związkach, a jednym z nich była moja relacja z samą sobą. I to było największe COŚ, co już mi nie służyło.

Dlatego w końcu wypisałam się z tego „nie-życia”. Ale to miało swoją cenę…

Nie wynajmuję już pięknego domu za miastem, z mężem, tylko pokoik w irlandzkim miasteczku, w którym 12 lat temu zaczęła się moja historia z emigracją…

Życie zawodowe uległo transformacji. Zamiast prowadzić firmy marketingowej i robić kariery, piszę dalej książki, zaczęłam też prowadzić sesje jogi śmiechu i tańca spontanicznego dla Irlandczyków.

Stało się, jestem sama ze sobą, ze swoimi wszystkimi problemami i nie problemami. Ze wszystkim, co jest moje. Nie mam tu jeszcze za wielu przyjaciół, ale to nawet lepiej, bo uczę się na nowo radzić sama, bez uciekania w kontakt z ludźmi. Teraz nawet mam na odwrót – kiedy mam gorszy dzień czy jakieś ciężkie energie się przez mnie przewalają, i mam możliwość, to zamykam się u siebie w pokoju i w nim siedzę, aż to przeżyję, aż to przeminie.

Dawniej żyłam w iluzji, zbudowanej na strachu przed samotnością, a teraz jestem całkiem sama. Dzieje się to, czego zawsze się najbardziej obawiałam, i dzieje się to, dlatego, że sama to świadomie wykreowałam. Wybrałam. By się z tym raz na zawsze zmierzyć. I tutaj zaczyna się moje życie. To już nie jest funkcjonowanie – to jest szansa na prawdziwe bycie, które u mnie zawsze zaczyna się po drugiej stronie stref komfortu. Gdzie nie ma miejsca na uniki, ucieczki. To, co jest – jest. Takie, jakie jest.

Resetując wszystko poczułam falę ulgi. Znów cieszą mnie drobne rzeczy, małe sukcesy, jak pójście do pracy, zrobienie zdrowego posiłku, podczas gdy nie mam swojej kuchni, każdy dzień z córką jest bezcenny… Te sukcesy są tu i teraz a nie gdzieś w przyszłości, podpisane pod hasłem: „jak będzie kasa, to będzie wszystko. To nam się ułoży”. Nie! Nie ma większego sukcesu, niż zrobienie czegoś, co wydawało się już być nieosiągalne… W wieku 32 lat zaczęłam swoje życie totalnie od nowa, od zera. A nawet od sporego minusa, bo czasem zakończenie związku kosztuje więcej, niż nerwy i ból… Są jeszcze długi, przeprowadzki, kończenie ogromu wspólnych spraw… A toksyczne związki mają to do siebie, że są nieźle skomplikowane…

Ale udało się. I… Jestem gdzie jestem. I jestem znów wdzięczna i kładę się spać podekscytowana, bo nie wiem, co przyniesie nowy dzień, ale jednego jestem pewna – cokolwiek się stanie, będę miała siebie.

Kończąc to, co mi już nie służyło, zrobiłam miejsce, przestrzeń na to, co mi służy i zaczęłam przyciągać nowych ludzi, sytuacje, możliwości, cudowne „zbiegi okoliczności”. Jeśli oczywiście jestem wystarczająco uważna i asertywna, by temu, co udaje „wspierające” powiedzieć na czas NIE, by nie przespać kolejnych 5 lat swojego życia… By nie tracić swojej energii, by jej nie oddawa, by nie dać się wykorzystywać. Okazało się, że ta asertywność jest dla mnie bardzo ważna. I warta praktykowania. Granice wolności i szacunku! To po trzecie: „kim jesteś Ewa i gdzie są twoje granice? Co chcesz, co możesz i czego nie chcesz?”

Ale w tym całym procesie ważna była moja praca nad zaprzyjaźnieniem się ze sobą. To czwarty, chyba najważniejszy element tej drogi. Niezwykle wspierające były afirmację, które od miesięcy sama pisze sobie co rano. Zaraz po obudzeniu pytam siebie, co bym chciała usłyszeć, jak się czuję i czego potrzebuję i piszę to. I staram się dać to sobie! Na powrót odbudowuję zaufanie do siebie i swoją intuicję, która przez lata była tłamszona przez głowę i kody podświadomości. Wracam do słuchania serca, na nowo i na nowo. Czasem jeszcze mylę je z rozumem, ale coraz szybciej to dostrzegam. Jestem w stałym kontakcie ze sobą, jestem swoją najlepszą przyjaciółką, partnerką, mamą i córką.

Opiekuję się swoim wewnętrznym dzieckiem, zamiast za każdym razem szukać pomocy z zewnątrz. Jeśli jej naprawdę potrzebuję – nie boję się o nią sięgnąć. I mam szczęście, bo jestem blisko z cudownymi osobami, pięknymi Elfami…

Wyrabiam w sobie zdrowe nawyki, jestem dla siebie łagodna, sprawiam sobie drobne przyjemności, otaczam się pozytywnymi ludźmi, ufam swojej sile i życiu, które jest we mnie, a przynajmniej się staram. Na powrót odbudowuję swoją kobiecość, która była zgnieciona przez męską energię „kobiety sukcesu” i jak tylko mogę, to noszę szerokie spódnice i rozpuszczone włosy. Znów uwielbiam kwieciste wzory i zwiewne ciuchy!

Po piąte: dużo i głęboko oddychałam. A kiedy ogarnia mnie stare, zadaje sobie wtedy pytatania: „czemu? Co mi chcesz Ewo pokazać, powiedzieć?”

Jasne, bywa ciężko. Ale to są momenty, kiedy rozpada się coś, co już nie ma racji bytu. Oczyszcza się kolejna toksyna, rozsypuje się kolejny schemat. I widocznie tak ma być. I ani przez chwilę nie żałowałam swojej decyzji o zmianie życia. Że nie zostałam z mężem dla tzw. „dobra dziecka”. Nie widziałam już żadnego w tym dla niej dobra.

Nie namawiam cię do tego, byś rzuciła wszystko i zmieniła całkiem swoje życie. Mówię tylko, byś była uważna na to, co jest krzywdzące i pytała się siebie, czemu na to pozwalasz? I co możesz z tym zrobić? Ja już nie akceptuje wszystkiego i nie zamiatam pod dywan, bo to według mnie nie duchowość tylko masochizm. Nie miłość a jej brak! Owszem, przyjmuję to, co jest niezależne ode mnie. Ale zauważyłam, że dawniej nie umiałam się godzić z tym, co przynosiło mi życie, bo godziłam się na to całe błoto, które sama sobie do tego życia wnosiłam. I teraz, jeśli coś mogę zmienić, a wiem, że mnie to niszczy, to patrzę na to i decyduję. Kreuję, w poczuciu, że zmiana nigdy nie jest zła. Próba oceniania jej, czy na gorsze czy na lepsze, wynika z tego, że nauczono mnie porównywać wszystko. Zmiana to zmiana. I żaden mój wybór nie jest zły, jeśli decyzja już jest podjęta i jestem gotowa na jej konsekwencje, a moje serce jest na miejscu – w pozycji prawdy.

Dla mnie akceptacją jest kochanie siebie w każdej sytuacji. I czuję, że każdego dnia kocham się coraz bardziej. Wprost proporcjonalnie wzmacnia się moja miłość do córki. Bo nie da się być dobrym i czułym dla dziecka, jeśli nie jest się dobrym i czułym dla siebie! Nie da się nikogo uszczęśliwić, jeśli samemu się nie jest szczęśliwym. Nie da się kochać i pozwolić się kochać innym, jeśli samego się nie kocha. A bez tego wszystkiego prawdziwe szczęście po prostu nie jest możliwe. 

Ja wreszcie się kocham. I to jest największa transformacja, najcudowniejsza zmiana w moim życiu. I takiej zmiany życzę też Tobie!

 

 

I pamiętaj, że póki żyjesz, masz prawo pytać siebie codziennie, czy jesteś prawdziwie kochana, bezpieczna, szanowana. Czy prawdziwie kochasz! I czy jesteś szczęśliwa.

Mało tego – masz prawo być szczęśliwa!

 

 

Podziel się na portalach społecznościowych
(Jeśli nie działa, wyłącz Adblock dla tej strony)