Jak dobrze wiecie, wraz z początkiem września, na ekrany telewizorów wracają znane i wyczekiwane seriale oraz programy. Choć nie mam odbiornika w domu, lubię sobie czasem obejrzeć castingi „X Factora”. OK, przyznaję – nie czasem, a co tydzień… Stosunkowo łatwo znaleźć w Sieci odcinki tego znanego na całym świecie show. Zaparzam sobie herbatkę ziołową i wraz z laptopem ląduję w ciepłym łóżku. Mąż i dziecko nakarmieni – to jest mój czas!

Pewnie niektórzy z Was nie spodziewali się tego po mnie… Myślicie sobie: „Ewa ogłada te głupoty?!”. Tak, oglądam, mimo, że jestem z wykształcenia dziennikarką. Mimo, że mam świadomość tej całej wyreżyserowanej sztuczności i odgrywanego pozoru pomagania młodym ludziom w spełnianiu marzeń. I czuję, że w pewnym (a może nawet w całkiem sporym) stopniu jest to wyrachowana szopka, serwująca wachlarz mniej lub bardziej udawanych, tabloidalnych emocji. A prawdziwe historie ludzkie są w niej sprzedawane jak gorący towar, od którego wartości zależy, czy jakiś tam sobie człek usłyszy cztery razy „Tak”.

Cóż, w końcu jest to show. I owszem, z roku na rok coraz bardziej przeginają. Wymuszone chwile uniesień i kicz unoszą się w powietrzu. Coraz mniej szczerości, coraz mniej autentyczności. Na dodatek, sporo w tym marketingu (piosenki „Little Mix” w poprzedniej edycji „X Factora” – aż się od nich roiło) i możliwe nawet, że są też fałszowane wyniki głosowań (ktoś taki, jak Honey G. w zeszłorocznym finale?! Serio?).

Pomijając to wszystko – jest coś, co sprawia, że z podekscytowaniem czekam, aż zacznie się kolejny sezon. Coś, czego nie ma w serialach, filmach i w żadnym innym programie. Ja to nazywam perełkami…

Perełki, czyli słowa, sytuacje, reakcje, które nie są wymuszone, udawane. Są prawdziwe, jak prawdziwe jest samo życie. I choć takich momentów jest mało, ale jak już są, to są szczere, budujące i doceniam je tym bardziej, im bardziej gubią się w tym całym showmeńskim pomieszaniu. Bije z nich ciepło i wzruszająca prawda, która świadczy o tym, że jesteśmy wszyscy sobie nawzajem potrzebni.

Jak często doświadczamy na co dzień tego typu poruszeń? Jesteśmy świadkami wyładowania emocji przez kasjerkę w hipermarkecie, odczuwamy frustrację kierowców, którzy tkwią razem z nami w korku. Nasi bliscy okazują swoje zmęczenie, albo podekscytowanie. Ale chwile wzniosłe rezerwowane są na dzielenie się opłatkiem w Wigilię, na uroczystości rodzinne, takie jak ślub czy narodziny bobaska. To wtedy słyszymy dodające otuchy życzenia i pochwały, albo sami je wypowiadamy. „X Factor” to właściwie takie wieczne święta. A śpiew tylko w tym pomaga.

Śpiew to świetny sposób na wydobycie z siebie emocji. A jesień to świetny czas na emocjonalne oczyszczenie…

I wiecie co? Za każdym razem, gdy członkowie jury mówią komuś: to było niesamowite, masz talent, jesteś dobry, jesteś oryginalny, jedyny w swoim rodzaju, zasługujesz na szansę, widzę w tobie potencjał… Za każdym razem, gdy coś takiego słyszę i obserwuję reakcję tej osoby, do której te słowa są kierowane, czuję nieopisaną radość i empatyczną wdzięczność. Cieszę się, że te słowa zostały powiedziane i puszczone we wszechświat! Nieważne przez kogo i do kogo. To są słowa, których nigdy nie jest w tym świecie dosyć! To modlitwa, która powinna być przez każdego z nas wypowiadana co rano. Takie przywitanie samego siebie: dzień dobry, jesteś wspaniała, brawo, good for you…!

Uwielbiam też obserwować, jak zmienia się wyraz twarzy kandydata, którego jury chwali. Dorosła osoba nagle obnaża się i ukazuje się jej wewnętrzne dziecko, w pełnej okazałości. Niedocenione, nie-do-kochane dziecko… I od tej pory każda jej łza, każdy uśmiech i każdy grymas są szczere i wyzute z pozorów zhardziałej dorosłości, która wszystko komplikuje. To cudowny proces, skrócony przez czas antenowy do minimum.

Telewizyjna maniera żonglowania emocjami? Być może. Ale wolę fragmentaryczną, okrojoną chwilę czystego spełnienia, niż urywki z pełnych brutalności scen wojny i katastrof, które co wieczór serwują nam media informacyjne… Może jestem naiwną idealistką. Może świadczy to o tym, że żyje we mnie niedoceniona dziewczynka, która nie miała swoich pięciu minut… Ale wolę tę dziewczynkę ukołysać i ocieplić showmeńskim, dobrym słowem, niż negować jej istnienie, przy jednoczesnym jej zastraszaniu i tłamszeniu.

Tak. Wolę „X Factor” od wiadomości. Czy to czyni ze mnie sentymentalną ignorantkę? Być może. Ale z dwojga złego, lepsze to, niż przyłożenie ręki do współczesnego systemu zabijania wiary w świat i drugiego człowieka.

A jak wy to widzicie? Czy decydujecie się mówić życiu „nie”, karmiąc się medialną papką, czy może wolicie usłyszeć od niego cztery razy „tak”…?

 

 

Podziel się na portalach społecznościowych
(Jeśli nie działa, wyłącz Adblock dla tej strony)