8 września był Dniem Marzyciela. Pomarzyliście trochę?

Tak się zastanawiam… Czy my, dorośli, w ogóle potrafimy jeszcze marzyć?

Kiedyś to było łatwe, bo tak wiele nie zależało od nas – nie mieliśmy pieniędzy, nie musieliśmy decydować o swoim życiu, o tym, do jakiej szkoły pójdziemy, ani o tym, co zjemy na obiad (większość mężczyzn tego ostatniego dalej nie musi :)). To było tak zwane dzieciństwo. Nie zamierzam teraz poruszać kwestii poziomu beztroski, który zależał przecież od poziomu szczęścia i ogólnego dobrobytu w rodzinie. Nie o to mi dziś chodzi. A o umiejętność marzenia o tym wszystkim, czego nie mamy.

Gdy dziecko marzy o rowerze, czy o psie, to nie traci czasu na zastanawianie się nad tym, dlaczego tego jeszcze nie ma, ani nad tym, co trzeba zrobić, żeby to mieć. Po prostu marzy. Prosi – czasem rodziców, czasem Boga, czasem gwiazd, ale prosi, wysyłając prośbę we wszechświat. Prośbę tak silną, jak silne są pragnienia. Prośbę tak czystą, jak czysta jest tylko wyobraźnia dziecka. A potem? Czeka.

Kiedy jesteśmy trochę starsi i wkraczamy w świat szalonych nastolatków, potrafimy wciąż marzyć, ale zazwyczaj hormony sprawiają, że rozmyślamy o kimś, a nie o czymś. Marzymy o miłości, o seksie, ale też o akceptacji, pochwałach, przyjaźni, generalnie o udanych relacjach. No i też o tym, kim zostaniemy, jak całkiem dorośniemy. Możliwości wciąż są ogromne. Nasza młodość wręcz od nich kipi.

Mijają lata. Już wiemy, kim zostaliśmy. Już wiemy, z kim jesteśmy. Pracujemy. Żyjemy tak zwaną codziennością. I zazwyczaj stopniowo tracimy zdolność marzenia na rzecz wiedzy o tym, ile mamy pieniędzy (i na co), ile tych pieniędzy będziemy mieć (i na co), ile musimy zmienić, by to „coś” się stało, jakie są oczekiwania żony, męża, potrzeby dzieci, ile będzie czasu i sił, co na to sąsiad… Nie marzymy, a planujemy, kalkulujemy, ostatecznie – mamy jeszcze jakieś aspiracje. A gdzie ekscytacja? A gdzie bezwarunkowa wiara w to, że wszystko może się zdarzyć, bo nie ma rzeczy niemożliwych? A gdzie barwne obrazy wyobraźni, nadziei? I wreszcie – gdzie jest nasze pragnienie?

Ile razy w ciągu dnia czegoś pragniemy, a ile chcemy, bądź chcielibyśmy? Bo to chyba nie jest to samo. Chcieć można kawy w leniwy poranek, a chciałoby się na przykład wyrwać z pracy przed szesnastą. A pragniemy? Czego pragniemy?

Oczekiwanie. Oczekiwać to nie to samo, co czekać. Oczekiwanie nie daje gwarancji spełnienia. Czekanie jest niezłomne – czekamy na coś, bo wiemy, że to się stanie. Czekamy na autobus, bo jest w rozkładzie jazdy, a oczekujemy, że na przykład nasz partner zrobi nam niespodziankę urodzinową. Oczekiwanie kojarzy się z oddaniem części odpowiedzialności za swoje życie innym. Czekanie – z oddaniem całej kontroli na rzecz ufności.

I tak dalej… Słowa to nie tylko wyrazy na papierze i w ustach. To też znaczenia w naszej świadomości i podświadomości. To wewnętrzne komunikaty, kreatory naszych odczuć.

A marzyć to znaczy pragnąć.

Kto z nas budzi się albo kładzie się spać z pragnieniem w myślach? Z prośbą, z intencją, z marzeniem? Nie da się. Bo to nie ma wypływać z głowy, tylko z serca. Marzenia rodzą się w sercu. Każdego dnia, przez całe nasze życie. Kwitną jak kwiaty, mimo, że nam pada na głowę deszcz, a w umyśle zimno… A one rosną. Jeśli nie wiemy o nich, to być może za rzadko zaglądamy do serca, za rzadko z nim rozmawiamy… A szkoda, bo tylko serce sprawia, że niemożliwe staje się możliwe.

Życzę Wam, żeby każdy Wasz dzień był Dniem Marzyciela. Dniem Kwitnącego Serca.

Podobało się?

Podziel się na portalach społecznościowych
(Jeśli nie działa, wyłącz Adblock dla tej strony)