Nie wiem dlaczego, ale jak tylko zrobiło się jesiennie, przypominałam sobie, że mam kuchnię.

Myślę, że organizm domaga się dużo ciepłej strawy i oczyszczenia. Ekstremalna to odmiana po czterdziestostopniowym skwarze i wodzie z cytryną na obiad… Ale natura wzywa, a ja podążam posłusznie. Korzystają na tym domownicy, bo garnki teraz zawsze pełne, a piekarnik ogrzewa mieszkanie w coraz zimniejsze wieczory.

Nie za bardzo wiem, jak to wytłumaczyć, ale jesienna kuchnia ma swój wyjątkowy urok. Paradoksalnie wcale nie chodzi o smak, a o te wszystkie rudo-brązowe kolory, ciemną, sędziwą zieleń i zapach październikowego lasu. To też wspomnienia z dzieciństwa – te z najlepszych: obżeranie się śliwkami aż do bólu żołądka czy wielogodzinne poszukiwanie orzechów laskowych w trawie… Jesienna beztroska. W mojej kuchni jej pełno. Ale przede wszystkim dlatego, że staram się gotować zdrowo.

Tak, właśnie dlatego. I wcale nie przesadzam. Gotowanie przy użyciu produktów bezglutenowych, bezmlekowych i bezcukrowych, to czysta zabawa! Nie ma zasad, wszystko się zawsze udaje, choć nigdy tak samo. Eksperymentowanie, łączenie smaków, tworzenie. W dodatku – składniki są paradoksalnie tanie. Bo ile kosztuje taki batat czy cukinia, czy choćby kasza jaglana? Wiadomo, takie dodatki odżywcze, jak suszona dzika róża albo owoce goji, trochę sobie kosztują, ale na pewno nie więcej niż witaminy i leki apteczne… Nie wspomnę o różnicach w skuteczności, tudzież szkodliwości, jednego i drugiego…

Patetycznie rzecz ujmując – w mojej kuchni powstaje nowy rodzaj kuchni: nie „polska”, a „ewowska”. Właśnie tak, kuchnia zdrowej rodziny ewowskiej! I odpukać – oby tego zdrowia coraz więcej! A jeśli przy okazji jest smacznie i kolorowo, to tylko się cieszyć.

Na koniec chciałam coś sprostować. Uwaga, napiszę to tylko raz: nie jestem dziwakiem! Tak, często odwiedzam zielarnie, tak, zaglądam do książek osób, leczących „inaczej”, tak, bywam na warsztatach ze zdrowego gotowania, tak, płuczę co rano usta olejem, nie popijam posiłków, jonizuję pomieszczenia, filtruję wodę i moczę nogi w soli… Mimo wszystko nie czuję się dziwna. Po prostu myślę bardziej jak nasi przodkowie, a mniej jak moja babcia… Choć babć też nie ma co się czepiać – były takie, co znały atlas ziół na pamięć. Ale niestety – herbatę słodziły cukrem i uczyły nasze mamy smażyć schaboszczaki…

Taki sobie paradoks współczesnych czasów – niby mamy ogromny zasób informacji i wiedzy, i supermądrość, a wciąż powielamy schematy z dzieciństwa. Nażremy się przysłowiowych śliwek i brzuchy nas potem bolą. Ale na tych, co zjedzą mniej, to już się popatrzymy krzywo…

 

Podziel się na portalach społecznościowych
(Jeśli nie działa, wyłącz Adblock dla tej strony)