Na wstępie chcę przeprosić – będzie o banałach. O życiu, szczęściu, itp. Będzie banalnie tęskno i niebanalnie szczerze. Będzie się stawało…

*

Dziś rano taksówkarz oddał mi reszty, w postaci złotówki, życząc mi szczęścia w miłości.

Chuchnęłam na nią i schowałam ją z patosem do kieszeni płaszcza.

Szczęścia w miłości. Szczęścia i miłości. Miłości do szczęścia. Złotówka w monecie, moneta i złoty, moneta w złocie…

Pieniądze. Szczęście. Miłość.

Trzy słowa, które muszą obowiązkowo znaleźć się na każdej kartce z życzeniami. Spróbuj odjąć jedno. Czy reszta bez niego ma sens? OK, zabierzmy miłość – szczęście jakieś takie puste się wydaje… Pieniądze – wiadomo. Każdy wie. Niby szczęścia nie dają, ale… Ale…

I tak dalej…

W sumie jakby zostawić tylko szczęście, to można by uspokoić się stwierdzeniem, że w nim zawiera się wszystko. I to, co mamy, i to, kim jesteśmy i jacy są dla nas inni. A ja myślę sobie, że szczęście jest jednak bardziej ulotne. Jest momentem, a nie posiadaną rzeczą. Jest procesem, szukaniem prawdy i sensu dla każdego dnia. Dlatego pytanie, padające z ust przyjaciółki, tudzież mamy, brzmiące mniej lub bardziej dosłownie, ale znaczące zawsze to samo: „Czy jesteś szczęśliwa w życiu?” – nie ma racji bytu. Do tej pory, gdy słyszałam te słowa, odpowiadałam zwykle: „Nie jestem, ale wiem, że kiedyś będę”. Jak bardzo się myliłam, jak bardzo oddalałam od siebie szczęście tym jednym zdaniem…! Mogłam robić sobie przysługę i przynajmniej dodawać: „…ale wiem, że jutro będę”. Albo „za tydzień” chociaż… Z kolei odpowiedź „Jestem szczęśliwa w życiu” może brzmieć zbyt wyzywająco, pretensjonalnie. Mało tego, ta afirmacja ogranicza nas samych, bo przecież mówi wyraźnie: „Ty jesteś szczęśliwy, ty nic więcej nie potrzebujesz…”.

Jak błędne może być myślenie, że szczęście jest stanem, które się osiąga i w nim trwa. Stajemy się szczęśliwi i już tacy będziemy do końca naszych dni. A jeśli jeszcze nie jesteśmy, to musimy się tacy stać, jak najszybciej, żeby móc zacząć tzw. resztę swojego życia, nie martwiąc się już o to całe szczęście. To trochę tak, jakby wyjść od lekarza z doskonałymi, książkowymi wręcz wynikami wszelkich badań, myśląc i głosząc wszem i wobec: „jestem zdrowa! Teraz nie muszę już zdrowo się odżywiać, uprawiać sportu, wysypiać się, rzucać palenia, unikać stresu…” Pewien buddyjski mędrzec powiedział kiedyś coś, co utkwiło mi w pamięci jak piłka na drzewie: „Nie ma drogi do szczęścia, to szczęście jest drogą.”

Droga to chyba jedna z najtrafniejszych metafor wszystkiego, co jest nieskończone czy też kończy się dalej niż nasze pojęcie o tym. Ja postanowiłam przyjąć za pewnik niemożliwość jednorazowego zdobycia szczęścia jeszcze w liceum, kiedy to moja najlepsza przyjaciółka – pewnego dnia, po wysłuchaniu najświeższych nowinek z mojego iście ciekawego, telenowelowego, młodzieńczego światka – oznajmiła: „Ewa, Tobie zawsze coś nie pasuje. Ty chyba nie potrafisz być szczęśliwa.” Teraz, jak już doszczętnie ochłonęłam, mogę jej za te słowa tylko podziękować – cóż, w końcu od czego są przyjaciółki… Od tamtej pory nie było dnia, żebym się nad tym nie zastanawiała. Czy to w ogóle możliwe, żeby nie potrafić zaznać szczęścia w życiu? Tak, jeśli przyjąć, że jest ono stanem, który się osiąga i się w nim trwa. Nie, jeśli założyć, że „szczęście jednostki” jest zlepkiem radosnych chwil, momentów spełnienia; fragmentami dążeń, aspiracji; godzinami, które następują po tym, gdy nagle wpada nam do głowy niesamowity pomysł, idea, fragmentaryczna prawda o sobie.

Dlatego ja, na pytanie „Jesteś szczęśliwa?” odpowiadam teraz: „Bywam szczęśliwa. Ale ostatnio za rzadko, więc pora coś zmienić. Pora wyruszyć w drogę…”

Z wychuchaną złotówką w kieszeni i duszą na ramieniu, wyruszam na poszukiwania szczęśliwej mnie. Wstając z łóżka robię pierwszy krok, a wieczorem wracam do przystani ciepłej pościeli, modląc się na dobranoc o to, by jutro mgła nie przysłoniła kierunkowskazów. By żyjąc w stadzie nie zapomnieć o tym, że będąc inną każdego dnia, dla siebie muszę być sobą. To jedyna rzecz, którą jestem sobie winna. Nie „bycie szczęśliwą w życiu”, a bycie „mną”.

*

Szczęścia w miłości mi życzył… Przyda się. Bo stale popełniam to samo przewinienie. Jeśli już przyrównuję szczęście do drogi, to swoje życie w takim układzie mogłabym nazwać podróżą, zaś moim środkiem transportu jest związek. Mężczyzna w moim życiu jest jak pociąg, którym się poruszam z miejsca na miejsce, którego powietrzem oddycham. To on udostępnia mi wagon, w którym odpoczywam i ogrzewam się, w którym czasem sypiam, a czasem płaczę, w którego przedziałach zamykam się przed innymi ludźmi, przed samą sobą też.

Jesteś pociągiem, na którego bilet kupiłam z kieszonkowych dziewczynki, marzącej o księciu. Małej Ewy, którą nadal czasami bywam. W kółko patrzę na bilet i zastanawiam się, czy jest prawidłowy, czy się nie przedawnił… A może pociąg zły wybrałam? Może za wcześnie podjęłam decyzje… Ale to wszystko jakby nieważne. Przecież już jadę. Kontrola zdarza się tak rzadko. Zresztą jest mi tu u ciebie tak miło i bezpiecznie. Więc powtarzam sobie: będzie dobrze. Będę szczęśliwa…

Ale gdybyś tak… Był nie pociągiem, a pasażerem. Tak jak ja. I siedział obok mnie. Blisko, ale obok. Tak, żebyś mógł trzymać mnie za rękę… Tak, żebym mogła cię dotknąć, wiedząc, gdzie się kończy moja dłoń, a gdzie zaczynasz ty… Może nawet jechalibyśmy w tym samym kierunku. Wtedy nieważne byłoby, jakim pociągiem, a może autobusem…? Podróżować z tobą, nie tobą…

Póki co złotówka się przyda. Na nowy bilet mnie…nie stać. A tak przynajmniej mogę dopłacić do starego i przenieść się do pierwszej klasy…

Podziel się na portalach społecznościowych
(Jeśli nie działa, wyłącz Adblock dla tej strony)